O MNIE

Mój nieco wydłużony czas studencki (studiowałam w Krakowie oraz w Londynie) składał się w dużej części z podróży. Moje życie w tym okresie było częściowo podporządkowane ciekawości świata. Podróż koleją syberyjską w góry Ałtaj tuż po maturze, kilkumiesięczny wypad do Londynu, wymiana studencka w Szwecji, wakacyjny pobyt w Irlandii, częste pobyty we Włoszech i Francji (poważnie rozważałam przeprowadzkę do obu krajów), przeprowadzka na studia do Londynu. Oraz dużo, bardzo dużo podróży. Gdy nadszedł czas, że trzeba było ,,poważnie’’ pomyśleć o swojej przyszłości, czyli kolokwialnie mówiąc na coś się zdecydować, finalnie wylądowałam w marketingu.

Od lewej:
Ceremonia zakończenia studiów w Londynie.

Bazylea. Po udanej konferencji z całym zespołem.

Zaczęłam pracę w dużej amerykańskiej korporacji. Na początku czułam się jak mała rybka w wielkim oceanie. Dużo odpowiedzialności, własny budżet niemal od pierwszego projektu. Czułam mieszankę strachu (czy podołam?), podekscytowania oraz zadowolenia, że się uczę i rozwijam zawodowo. Na początku nawet nie czułam zmęczenia. Negocjowanie kontraktów z partnerami, rozliczanie budżetu, raportowanie efektu moich kampanii reklamowych sponsorom a nawet Dyrektorowi Zarządzającemu firmy – czułam się bardzo dorosła. Brałam na siebie coraz większe projekty i cierpliwie pięłam się po szczebelkach kariery. Trainee Marketing Manager, Marketing Manager, Senior Marketing Manager…Wyjazdy na zagraniczne konferencje, nowa firma w samym sercu londyńskiego City…W moim życiu zawodowym działo się. Wychodząc ze stacji metra mijałam jeden z symboli Londynu – katedrę Świętego Pawła. Zrobiłam tam setki zdjęć, a mimo to widok nigdy mi się nie nudził. Po pracy spotykałam się ze znajomymi w Madison, pobliskim barze na tarasie widokowym lub szłam do pobliskiej galerii Tate Modern. Wydawało mi się, że to praca marzeń.

Domyślam się, że dla wielu osób to po prostu typowa ścieżka rozwoju zawodowego, którą sami przeszli albo przechodzą. Ale moja perspektywa wtedy była inna. W Krakowie rynek pracy był duży mniej urozmaicony, a praca w outsourcingu to była jedna z lepszych, którą można było dostać. Spora część moich znajomych szła do pracy tam, gdzie ich po prostu przyjęli. W Londynie z kolei sytuacja była bardzo stresująca. Gdy wchodziłam na rynek pracy po studiach w 2008, byłam świadkiem masowych zwolnień; z mojego całego 14-osobowego departamentu została nas chyba piątka. Dzisiejszym 20-latkom ta sytuacja wydaje się pewnie absurdalna, ale tak właśnie było!

Gdyby ktoś mi powiedział przed maturą, że w przyszłości będę pracować dla międzynarodowej korporacji w Londynie jako tzw. Marketing Manager, to bym najprawdopodobniej wykonała taniec szczęścia. Jak to często bywa, życie weryfikuje nasze marzenia i po kilku latach wymarzonej korpo kariery w marketingu, zaczęłam marzyć o karierze w finansach. Po pierwsze, wydawało mi się, że jest to ciekawsza praca, bo przy okazji można zadbać o własne finanse i inwestycje. Po drugie, życie socjalne finansistów w Londynie było znacznie bardziej ekscytujące niż życie marketerów. Po trzecie, w Londynie (nawet po kryzysie w 2008) krążyła swoistego rodzaju legenda o pracy w finansach. Ogólnie, jak mogło mnie tam nie być. Ach, młodość i jej wyobrażenie o życiu!

Od lewej:
Katedra Św. Pawła w Londynie – widok z tarasu Madison.
Ceremonia nadania obywatelstwa brytyjskiego.

Droga była kręta, ale finalnie wylądowałam w firmie zajmującą się pozyskiwaniem inwestorów instytucjonalnych dla funduszów hedgingowych oraz firm private equity oraz szeroko rozumianym marketingiem, sprzedażą i pozyskiwaniem pieniędzy dla naszych klientów. To, co mnie uderzyło, to to, że często byłam jedyną młodą kobietą na spotkaniach czy konferencjach. Kultura często była…bardzo męska, coś, do czego szybko musiałam się przyzwyczajać. Ale to był fajny czas. Bardzo lubię się uczyć kompletnie nowych rzeczy a ta praca tego ode mnie wymagała. Musiałam być w stanie porozmawiać z prezesem banku lub krezusem, który może zainwestować pieniądze w jeden z naszych projektów. To, co było dla mnie chyba jednak najważniejsze, to ludzie, których wtedy poznałam. Przymusowe chodzenie na bankiety, otwarcia galerii i bale dobroczynne sprawiły, że poznałam ludzi, których pewnie nigdy bym okazji nie miała spotkać, gdyby nie moja nowa praca. Byłam bardzo zadowolona, czułam że to był ,,mój czas”, czas inwestowania w siebie. Dużo się uczyłam, rozwijałam pasje, bawiłam się życiem. W międzyczasie dostałam brytyjskie obywatelstwo i naprawdę zaczęłam się czuć coraz lepiej jako Brytyjka (nie mylić z pojęciem Angielka, to dwie różne rzeczy!). Zaczęłam również doceniać angielski sposób bycia, który na początku bardzo mnie drażnił. Wcześniej wydawało mi się, że Anglicy są zamknięci, zimni, nieszczerzy, niedostępni. Z czasem, gdy coraz bardziej się wtapiałam w środowisko i zaczęłam coraz lepiej rozumieć kulturę Anglików (a to wcale nie takie oczywiste, jak się mieszka a takim tyglu kulturowym jak Londyn), zaczęłam to doceniać. Zaczęłam doceniać to, że nie muszę wysłuchiwać nieproszonych opinii, że ludzie są dla siebie po prostu grzeczni, że nie muszą na siłę mówić nam, co myślą o nas. Co za ulga! Naprawdę byłam przekonana, że w Londynie zostanę już na zawsze.

Ale cóż…jak to powiedział Woody Allen: jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach na przyszłość. Wróciłam do Polski!

W Warszawie uczę się gotowania, gry na pianinie, jak również jednej z najważniejszych sztuk – sztuki celebrowanie życia.  Poznaję i fotografuję nowe miasto. Staram się wydeptać własne ścieżki i poczuć jak w domu, chociaż muszę przyznać, że przeprowadzka po 30. nie jest tak łatwa jak po 20., kiedy wydawało mi się to po prostu naturalną koleją rzeczy.

Warszawa w moim obiektywie (a właściwie telefonie).

Dlaczego zaczęłam pisać?

Odkąd zaczęłam pracować w marketingu po studiach, dostaję bardzo dużo pytań na temat szeroko pojętego marketingu internetowego, zwłaszcza w kontekście małych i średnich biznesów. Coraz więcej osób decyduje się na odejście z pracy na etacie i zastąpienie tego własnym biznesem, co często wiąże się z koniecznością zbudowania marki osobistej. I właśnie stąd pomysł dzielenia się moją wiedzą na blogu – skoro i tak spędzam sporo czasu doradzając ludziom, jak dotrzeć do szerszej publiczności, to równie dobrze mogę się tą wiedzą dzielić na blogu. Jeśli komuś to, co mam do powiedzenia na temat marketingu może pomoc, to znaczy, że jest to warte czasu, jaki w to wkładam. Stąd dział MARKETING.

Uwielbiam ciekawych i inspirujących ludzi, uważam że jak mam się czymś dzielić, to właśnie czymś fajnym – stąd staram się zamieścić rozmowy z ludźmi, których historie mnie w jakiś sposób zaciekawiły. Zwłaszcza bliska jest mi tematyka kobiet w biznesie, zawodowej aktywizacji kobiet oraz ogólnie pojęte zawodowe wsparcie dla kobiet. Dlatego staram się dzielić historiami, które być może pomogą komuś znaleźć inspirację lub poczucie że ,,da się’’. Poza tym…wyobrażacie sobie jakie to wspaniałe uczucie przeprowadzać wywiady z ludźmi, którzy Cię w jakiś sposób inspirują? Stąd dział SYLWETKI.

Skąd pomysł na pisanie bloga?
Poza tym lubię dyskutować i dzielić się moimi spostrzeżeniami. Świat to naprawdę interesujące miejsce. Nie zawsze łatwe, nie zawsze sprawiedliwe, ale z całą pewnością interesujące. Zresztą kto wie – gdybym w życie zawodowe wkraczała dwadzieścia lat wcześniej, to są duże szanse, że zostałabym dziennikarką. To był mój wymarzony zawód od 5 lub 6 roku życia, kiedy przyklejałam wycinki z gazet plasteliny na deskę kreślarską rodziców i robiłam swoje ,,gazety’’. W liceum wybrałam profil dziennikarski. Rok przed maturą odbyłam wakacyjne praktyki dziennikarskie w krakowskim oddziale ,,Gazety Wyborczej’’ i właśnie wtedy postanowiłam, że jak pisać, to tylko o tym, co mnie interesuje. Nie potrafiłam pisać całymi dniami o tematach, które nie były dla mnie w żaden sposób ważne. Poza tym panowie z redakcji mnie mocno postraszyli, że to ciężka droga dla kobiet, ponieważ godziny są bardzo długie, stawki bardzo niskie…I tak o to w wieku lat 18 z powodów pragmatycznych oraz ideologicznych, postanowiłam znaleźć inny sposób na życie. A skoro to mój blog, to mogę pisać o tym, o czym chcę. Stąd dział OPINIE.